- Dobra panowie: wychodzimy na boisko i pełna koncentracja…
- Na pełnej kurwie ich!!
- Jaaazda, nasz jest mecz!!
- …no i wiesz, ona mi wtedy, że koniec, że co jak co, ale z nią to żebym sobie nie pogrywał; zboczenie jakieś zawodowe w to miesza – to pogrywanie, nie; w ogóle samochód i ta przeprowadzka… A ja jej na to, że ją kurwa kocham, nie?…
- Dobra chłopaki jedziemy!!!
- Razem, razem…!
- Wszyscy, teraz już kurwa cisza i k o n c e n t r a c j a!!!
- …ty no i nie wiem, co to było, ale brzuch to mnie napierdala od rana. Latam ciągle i nic; dawno tyle o polityce i tym wszystkim nie przeczytałem… Nic nie pomaga… przesrane, co? He he…
- Panowie, tylko spokojnie, swoją piłę gramy; spokojnie, swoje granie!
- Tak! Swoje granie, nasz mecz!
- Razem, razem!
- J e d z i e m y!!!
- Nasze, nasze!
- Nasz mecz, swoją piłę gramy!!
- …i co ja zrobię, jak ten transfer nie wypali, co? Kuuurwa same problemy z tym, ja nie wiem. Stary, powiem ci, że jak teraz tak patrze, to i w Polsce kurwa ciepło jest…
- Dobrze będzie…
- Koncentracja i pierdolnięcie, ja wam mówię nasz jest, nasz jest!
- Tylko spokój, spokój; swoją piłę!
- Razem, r a z e m!
- Jazda, wszyscy… koncentracja i dajmy z siebie wszystko!
- Taaak, teraz już bez pierdolenia, koncentracja i jedziemy!!!
- …nie wiem chłopaku… Ja to jakoś w ogóle kiepsko to widzę – co innego menadżer mówił, co innego ten producent…
- Razem, razem!
- Gramy, g r a m y!!!
- Jedziemy panowie, kuuurwa jedziemy!
- Swoją piłę!
- Razem, razem…!
***
- …tak, wszystko mam nagrane; tak, wszystko; wszystko słyszałem. Tak, na jutro, to znaczy jutro już będzie, to znaczy jutro już pójdzie; tak… A czy pan myśli, że łatwo jest rozmowy w szatni nagrać, pod szatnię się zakraść?! Trudno… cholernie trudno! Tak, na jutro, to znaczy jutro już pójdzie do druku; tak… Tylko tyle panu powiem, że mamy TO; bomba będzie nie artykuł… tak…
***
- Pierdoleni partacze! Jeden biega, jakby miał gówno w gaciach, drugi od piłki ucieka, trzeci w trawie zegarka szuka, żeby sprawdzić kiedy koniec; eee tam… Chuj z tego będzie i tyle! Nie to, że miałem przesrany dzień, to jeszcze oni tak wszystko pieprzą. To piłkarze są, od grania są – grać mają!
- Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało…
- Mordy zamknąć, jak się nie stało; dziś się w ogóle dużo STAŁO! Jak się nie stało?!
- Sam się kurwa zamknij, bo zaraz z tym fajnym telewizorkiem przez okno wylecisz! Kibic się kurwa znalazł – przed telewizorem w kapciach i z pop cornem, jakby „Taniec z gwiazdami” oglądał!
- A co ty?! Sobą się zajmijcie, nie w cudze okno się gapicie! Swoim życiem się kurwa zajmij jeden z drugim!
- Może i okno twoje… kapcie, kukurydza i fajna żoncia do podupczenia też twoje, ale Polska kurwa NASZA!
Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało, nic się nie staaało, Polacy nic się nie staaało.
***
- …ja wiem… tak po 21, jak pierwsza połowa trwała. Co się stało, co sie stało? No poszło okno u tego tam na 9. Taaki goguś z kasa lepszą, a czy się na piłce zna, czy jest przysłowiowy prawdziwy kibic, to ja nie wiem… Nie znam przecież człowieka osobiście; tyle, co widzę i słyszę, nie? Jak nie ważne, jak nie ważne; przecież o to poszło, nie? O piłkę, to jak nie ważne?! A proszę pana… panie władzo… co pan… ja nie wiem kto; ja nic nie wiem… Przecież mecz oglądałem, to jak mogłem widzieć? Ja nic nie widziałem! Z resztą do roboty by się wzięli, bo o niebieskich migdałach myślą, a tu grać trzeba, przecież oni od grania są. Wstyd Polsce tylko przynoszą… Nic więcej nie wiem; ja nic nie wiem; przepraszam, śpieszę się, przepraszam… Ja n i c nie widziałem, przepraszam…
skomentuj (2)
Kiedy siedzisz tak długo z własną obecnością, przestajesz pamiętać, że jeszcze godzinę wcześniej z nienawiści próbowałeś wrzucić swą żałosną postać do różowo-słodkiej telenoweli, a kolejne dwie wstecz patrzyłeś na siebie jak na mix lasek z pierwszego sezonu swych erotycznych majaków; zaczynasz się sobą najzwyczajniej w świecie ciekawić i to jak okazem czysto przyrodniczym. Wszystko jest takie, jakby cię właśnie Michał Anioł z wyciągniętą ręką na suficie umieścił – wszystko takie nowe, fajne, ciekawe… Po prostu podnieca cię fakt, że to akurat ty, a nie nikt inny, siedzisz na własnym tyłku. I tyle można: i pamiętać można, i nie pamiętać… nie żebym odkrywał Amerykę albo zaginionego, nieślubnego brata Coca-Coli, ale interesująco się tym zarządza i już. Bo przecież mogę, prawda? Kto mi zabroni?! Moja głowa, mój pilot – jazda; wszystko mogę. Przewijać, pauzować, zwalniać, przyspieszać – deus artifex przed 60 calowym lcd umysłu we własnej osobie. Rozsiadł się po szefowsku w fotelu i nonszalancko włączył nowo zakupioną wierzę, mającą – jak wynikało z arcyerudycyjnego opisu – zabierać spod nóg rzeczywistość. W sumie taki był plan, więc był najprawdopodobniej jedyną osobą, która uchroniła się przed odruchem wymiotnym na część owego sloganu. Kawałki grały jak leci, on w spontaniczny sposób surfował po pamięci.
Pochodził z malutkiego, niczym nie wyróżniającego się miasteczka. Kościół, sklep z wódą i domki, niezdecydowane obok którego z bogów stać bliżej. Jakie znaczenie miałoby w tym miejscu podawanie dokładnych współrzędnych geograficznych, gdy z ręką na sercu trzeba przyznać, że każdy wieśniak z którejkolwiek części kraju czułby się tu jak u siebie? Nie wiedział, że tak nie chce, bo nie wiedział, że można inaczej… Potem poszło jak w tym filmie, po którym koniecznie chciał się ogniem kurować, ale ani kulki nie dostał ani pies go nawet nie chciał dziabnąć; noo, jak mu tam?… o, jak w „Rambo”, czyli szybko i z megapieprznięciem. Matura i wyjazd na studia walnęły jak bomba atomowa, z tym, że nie miał to być koniec fajerwerków. Z początku myślał, że droga cywilizacyjna między dziurą jego dzieciństwa, a stolicą jest wprost proporcjonalna do odległości, którą musiał pokonać, by do niej dotrzeć, ale było to tylko chłopskie filozofowanie człowieka, który w życiu na oczy nie widział autostrady; Warszawa oddzieliła się od wiochy, w której dorastał, we wczesnej fazie ewolucji i była w stosunku do niej istnym nadbytem. Ktoś mógłby powiedzieć, że odcinek czasu dzielący parumetrową klitkę z zapadniętym łóżkiem, niedomykającym się oknem i śniegiem z sufitu, a ładną kawalerką z wyraźnym akcentem na lans i elektronikę, to tylko pstryknięcie palcami, ale nikomu na świecie czas nie cofał się bardziej niż jemu. Ciężko na to zapracował, co nie znaczy, że nie miał przy tym sporo farta.
Here I go out to sea again
The sunshine fills my hair
And dreams hang in the air
Przy pierwszych taktach dziewiczo się uśmiechnął, przy następnych poczuł, że topi się we własnych ciuchach…
Obdrapana ławka w małej, obskurnej podstawówce, obok Pietrucha – kumpel, z którym można było śliwki kraść, wokół reszta chłopaków, których smutne twarze tylko dlatego były wesołe, że po lekcji mieliśmy grać w nogę. Stary, siwiuteńki ksiądz też miał kopać z nami, choć jeszcze o tym nie wiedział. Na rozgrzewkę dostał ode mnie parę strzałów z procy – wszystkie przyjął dziarsko na głowę, plecy i tyłek. Jak na bramkarza broniącego dupskiem do piłki był nawet niezły, lepszy od dziewuch. Wycelowałem; BACH.
- Gnoju piekielny! Niech Bóg za lejce trzyma, bo… Myślisz, że nie wiem, kto to?! Anioł cholery by dostał!
Zamachnął się opętańczo. Gdyby rzucił (nie ma co gadać o tym, czy by trafił, czy nie; wiedziałem, że tak), obnażyłby w mgnieniu oka fakt, że minął się z powołaniem; do tego w liczbie mnogiej. Po pierwsze dlaczego został księdzem, skoro tak dobrze rzuca; po drugie dlaczego miałby stać na budzie, skoro tak dobrze rzuca (a w ogóle to dlaczego miałby grać w nogę, skoro tak dobrze rzuca?)? Gdyby rzucił, okazałby się szczypiornistą miesiąca w naszym okręgu; gdyby rzucił, zdematerializowałby kamuflujący habit, pod którym na pewno dumnie nosił sportowy trykot; gdyby rzucił, ja pewnie nie rzuciłbym już nigdy; gdyby rzucił… Kieszonkowe wydanie Nowego Testamentu obroniło się przed kulistym kształtem i z wolna szykowało się do bezpiecznego lądowania na biurku. Nie rzucił.
- Oddawaj to, ale już! Nie po to to dostałeś, żeby teraz panu Bogu w okno strzelać. Niewdzięczny gówniarz! Aaa z resztą… oddawaj i już; koniec zabawy!
Wyrwał mi z ręki procę. Ja zostałem z ręką, nie żeby od razu naderwaną, ale na pewno z taką, z której coś nagle wyrwano. Jednym słowem – kiepskie uczucie.
Ale co by tu zrobić, jakby się zachować? Kto daje i zabiera ten się w piekle poniewiera – chciałoby się powiedzieć, ale w stosunku do starszego, do tego duchownego (!) mogłoby to zabrzmieć jak realna groźba. Jezus Maria co ja w ogóle robię… tfu! jaki Jezus – trzecie przykazanie. Spoważniej człowieku, nie masz już 10 lat. Według artykułu 64, ustępy 1 i 2, mam prawo mieć i nikt – do cholery nikt! – nie może mnie tego pozbawić: zarówno prawa, jak i tego co mam, to znaczy miałem; właśnie! WŁAŚNIE!
No need to run and hide
It's a wonderful, wonderful life
No need to hide and cry
It's a wonderful, wonderful life
Kostki lodu skrzeczały jak kiepski sprzęt audio, jaś wędrowniczek walił w łeb z szybkością ferrari…
I've paid my dues
Time after time
I've done my sentence
But committed no crime And bad mistakes
I've made a few
I've had my share of sand
Kicked in my face
But I've come through
And I need to go on and on and on and on
Leniwie – ktoś mógłby powiedzieć, że hipnotycznie – podnosił się z honorowego miejsca przy stole – tuż obok dziadka Władka i ogromnej ryby po grecku. Wyprostował się teatralnie, uśmiechnął, poprawił niepoprawialny garnitur (jeżeli od 8 lat masz ten sam, leży lepiej niż skóra; i to bez prasowania!) i czekał sekundę w niekomfortowej stopklatce. Pierwsza ręka była jak walnięcie w wielki przycisk play, umieszczony na plecach (do dziś zastanawiam się kto i kiedy naszył mi go na marynarce). Zaczęło się, a jak się zaczęło to już na amen. I po plecach, i po ramieniu, i gratuluję, i te szkieletowate, opaznokcione palce we włosy, i świetnie, pięknie, i brawo, brawo, brawo. Ale zaraz potem, jak z zaświatów: Ale jak to będzie? Gdzie ty, jak ty, jak to w ogóle będzie? Jak to tak? Co z tobą, co z nami będzie? – z końcu stołu łkała roztrzęsiona matka. Łkała, a tu ręce, plecy, ramię, głowa, i brawo, i gratuluję i sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam…
Rytuał był zawsze taki sam. Jak to rytuał, ale ten rytualnie trzeba było powtarzać bez mrugnięcia okiem. Jeden błąd – dupa z rytuału. A na ryzyko kataklizmu zakaźnego w dniu matury pozwolić sobie nie można. Nie, dziś o żadnej dupie mowy być nie może. Nie traktowałem tego w kategoriach szczepionki, po prostu wierzyłem w moc domorosłego okultyzmu, szanowałem magię własnych przyzwyczajeń. Ściągi na lewo, szczęśliwy kamyk na prawo; długopis do wewnętrznej kieszonki marynarki. Czarne koty i drabiny nawet dla mnie – prowincjusza w sensie ścisłym – wydawały się wiejskie, ale mistyczny algorytm liczby kroków, zjedzonych kanapek i postojów na siku to było coś. Coś… jak żałosny był czas, kiedy coś było tak cholernie nieekonomiczne, takie niepoliczalne, takie coś i już. Teraz coś to jest Coś i to się liczy (ach, te piękne wieloznaczności w języku!). Jaka fantastyczna zmiana…
Na wyniki nie trzeba było długo czekać… (ach, to piękno języka)
- Noo świeetnie (plecy), brawo (ramię), brawo (głowa), i jeszcze raz brrrawo. No ale powiedz coś (coś?)… cieszysz się, czy nie? No, no, dajcie chłopakowi powiedzieć. – darł się zachrypniętym głosem podpity ojciec.
- Hmm, ee, a więc…
- Yes, yes, yes!!! – trzeba było tak krzyknąć (choć nie mam pewności, czy nie chronią już tego powiedzonka jakieś prawa autorsko-konsumencko-unijne, jak oscypki), a nie: tak, oczywiście, szczęśliwy, spełnione marzenia, studia, uniwerek, Warszawa, tak, oczywiście. Ble, ble, ble… Żenada. Ż-e-n-a-d-a! A! no i kasy trzeba było więcej wyżebrać na start. Idiota. I-d-i-o-t-a!
We are the champions - my friend
And we'll keep on fighting till the end
We are the champions
We are the champions No time for losers
'Cause we are the champions
Herbatka lipowa i magdalenki (hmm… Herbatka&Magdalenki – dobra nazwa na kawiarnię… Nie, nie, daj spokój!). Herbatka lipowa i magdalenki nawet jeśli w ogóle były grane tego wieczora, musiały paść na deski już w pierwszej rundzie. Mało kto jest w stanie przetrzymać bombardowanie łiskacza. On sam wiedział o tym najlepiej, bo ani o żadnej herbacie nie pamiętał ani ciosów nie był w stanie zliczyć. Jeżeli tamten towar miał zabierać w przeszłość, ten miał dodatkowo opcję poprzednich wcieleń w standardzie.
A kiedy przyjdzie także po mnie
Zegarmistrz światła purpurowy
By mi zabełtać błękit w głowie
To będę jasny i gotowy
Błyskawice waliły jak bicze. Gdzie On jest? Wiatr trząsł lasem na prawo i lewo. Teraz też patrzy? Ożywiony kurz toczył walkę z powietrzem. Dlaczego nic nie robi?! Ryki, wycia i szczeki dziko wdzierały się w uszy. A jak Go nie ma?
- Jak to nie ma? – spod ledwo widocznej w mroku, zdobionej chusty podniosły się oczy jaśniejsze od piorunów. Boże uchowaj, jak to nie ma? – ton głosu matki był równy, spokojny, rytmiczny; tym bardziej przerażający. Jak to nie ma? Dlaczego tak mówisz, przecież to grzech; synku…
- Bo… gdzie on teraz jest? Przecież… przecież, my tu poumieramy. Mamo!
- To tylko burza. To tylko burza, wszystko będzie dobrze; zobaczysz. To tylko burza, jesteśmy bezpieczni. Bóg czuwa.
Pioruny waliły jak bicze. Wiatr trząsł lasem na prawo i lewo. Ożywiony kurz toczył walkę z powietrzem. Ryki, wycia i szczeki dziko wdzierały się w uszy. Nagły błysk, huk, wrzask – stojące nieopodal domu drzewo leżało powalone na ziemi. Niewiele zabrakło…
- A jeśli Boga nie ma?! Jeśli to wszystko, to tylko wymysł ludzi?! Jeśli to tylko chora, ale biologiczna, potrzeba odróżnienia się od drugiego plemienia? Siła jest – w nią wierzę – ale czy zwie się Bóg, Jezus nie wiem. Jeśli to tylko odwieczna potrzeba kulturowego indywidualizmu? Wszystko niby to samo, a tu: czarne, białe, żółte – jak w życiu!
- Co?! Co ty mówisz, co cię opętało?
- W samej Rosji jest trzech Jezusów! Tak… tak, w internecie czytałem. I co? I co wy na to powiecie, co? Że bajki, że herezja, że jeden jedyny na wieki wieków amen? – zawiesił mimowolnie zrozpaczony głos. W samej Rosji trzech Jezusów… W internecie czytałem.
- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…
- Teraz już wiem! Teraz wszystko wiem! Myśleliście, że całe życie na wsi; że całe życie tą pieprzoną ciemnotą będę oddychał?! Teraz już wiem! Teraz już wszystko wiem! Dorosłem… W samej Rosji trzech Jezusów – w internecie czytałem…
Spłyną przeze mnie dni na przestrzał
Zgasną podłogi i powietrza
Na wszystko jeszcze raz popatrzę
I pójdę nie wiem gdzie - na zawsze.
Przygaszone światło w małej, modnie urządzonej kawalerce. W fotelu człowiek, próbujący trzęsącą się ręką nalać whiskey do szklanki. Słychać muzykę, głownie starsze przeboje. Płyta – składanka hitów z dzieciństwa i młodzieńczych lat (Queen, trochę polskich itd.), leniwie drzemie pod szczelną pierzyną kurzu, tuż obok nowoczesnej wierzy. Dostał ją w prezencie od rodziców w dniu wyjazdu do Warszawy, na studia. Zgromadzili na niej ulubione przeboje swojego najmłodszego syna – jedynego, który opuścił rodzinny dom. Już dawno jej nie słuchał. Już dawno przerzucił się na mp3 i ściągał muzykę z internetu.
skomentuj (6)
Od momentu, kiedy zmienił pracę – jakieś pół roku temu – zaczął żyć szybciej, przez co szybciej spał, szybciej jadł, ba! nawet szybciej się śpieszył, nie wspominając już o tym, że szybciej o takich rzeczach zapominał. Robota była poza tym, więc nie otrzymywała podobnych przywilejów. Biuro, jak najmniej kontaktów butów z chodnikiem, szyld, drzwi, stolik, krzesło, siad – zasłużony lunch. Nie miało znaczenia co, gdzie i jak, bo pozostawiony w pracy mózg czekał już na zręczne palce, mogące wklepać kolejne cyferki. Dzień, jego dzień. Nagle… powrót, ale powrót dziwny, ciasny jakiś, jakiś nie tak i nie teraz, bo niby dlaczego? Nie żeby od razu gromy i Bach w muzyce sfer, ale jednak coś…
Fotel, drzwi, ulica, drzwi, krzesło – on tu i teraz… Był sam, a fakt ten zaczął przybierać odrażającą dla niego formę dopiero w kontakcie z ich byciem w parach; z samego stał się samotnym i nie mógł nic na to poradzić. Nie wiedział, czy jest tak dlatego, że naprzeciwko znajdowała się pustka, czy z powodu zaparowanych stolików wokół. Sam… sam, chyba bardziej dlatego, że oni byli z kimś; sam tak naprawdę. Doszło do niego, że po raz pierwszy od blisko pół roku odczuł jej brak. Wcześniej wydawało mu się, że wystarcza mu jego własna obecność, czasem było mu go aż nadto. Teraz pragnął by powróciła, uwolniła go od niego, wepchnęła gdzieś w najgłębsze otchłanie pięt; by była nie tylko obok, ale zamiast. Dlaczego właśnie TERAZ?!
31 stycznia: restauracja, stolik, dwa miejsca, jej wzrok wypełniony pogardą. Wino, ja bolognese, ona carbonara, ja z nowiną, a ona zasłania się wciąganym makaronem, tak! makaronem. Nowa praca miała być dla nas szansą, nie brakiem porozumienia. Wyszła nie dojadając nawet tego cholernego spaghetti!
- Witam szanownego pana! Bolognese i Chianti Classico Riserva; coś na deser?
- O, wyśmienicie, nie ma to jak kelner psycholog. Nie, nie, to wszystko, dziękuję. A, i jeszcze taka malutka prośba – jeśli to możliwe chciałbym zarezerwować ten stolik na jutro, o tej samej porze.
- Ach, skąd ten niepokój? Niech pan się nie martwi, nikt tu nawet nie próbuje usiąść o tej porze, każdy wie… Ale oczywiście zajmę się tym, a ściślej zrobi to mój kolega, bo od jutra mam urlop – jak to zwykle w sierpniu.
skomentuj (3)
Kubek… Stojący przy zlewie kubek, któremu chwilę wcześniej ktoś chytrze wykradł zawartość, pragnął za wszelką cenę zachować neutralność swego stania. Z resztą nie byłaby ona chyba na wyrost, gdyż ktoś najzwyczajniej w świecie zrobił sobie kawę, wypił i zostawił naczynie na blacie. Wszystko co potem tylko pozornie wynikało z kubka, choć właściwie kubkiem było spowodowane; sami oceńcie:
1. Dzień upływał mu fatalnie – wszystko szło nie tak: zaspał budzik, praca, korki, do tego ciasto wyszło za twarde, przez co obiad z pewnością również wyjdzie nie tak; dramat… Trudno wciąż wyżywać się na cieście (pamiętajmy o jego konsystencji), przekleństwa rzucane w próżnie jakoś niefortunnie podgryzają uszy, nawet podłoga zdaje się uchylać przed wściekłym tupaniem. I tu, zupełnie niespodziewanie, pojawia się… kubek… kubek właśnie.
- Kto do jasnej cholery zostawił tu ten kubek?! Zmywać po sobie! Wszystko mam ja?!
2. Pomimo, że na przedostatniej stronie książki słowo kawa pojawiło się tylko raz, to ono udaremniło sfinalizowanie się historii, mistrzowsko z resztą skonstruowanej. Na marginesie, może to i dobrze, że akurat to, a nie inne, bo powieść pełna była brutalności i drastycznych opisów. W każdym razie przez kawę bohater na swą śmierć musiał jeszcze chwilę poczekać. Poszedł do kuchni. Ha! a może jednak pistolet wypali szybciej, a kapuś krócej stał będzie w ekwilibrystycznej, zawieszonej pozycji, gdyż… kubek… kubek właśnie. Uśmiechnął się do naczynia, w końcu każdy ruch więcej zmusiłby go do wydłużenia żywotu pieprzonego konfidenta.
3. Po prostu miał dobry humor… Taki miał rano, potem przez cały dzień, czemu więc w domu miało by być inaczej. Do tego stopnia dobry, że będąc gotowym do okazania tego, potrafił sobie tej przyjemności odmówić. Wiedział przecież dlaczego jest tak, jakby nikogo w mieszkaniu nie było, choć ktoś był i to w brutalnie ścisłym sensie. Syn kuł do egzaminu. Nie mógł wprawdzie w należyty sposób uczcić długo wyczekiwanego sukcesu, ale… kubek… kubek właśnie.
- Trzymaj synu, kawka, taka jaką lubisz. No już, już, nie przeszkadzam, wiem, wiem.
Jest ich więcej… z resztą oni sami nigdy nie są identyczni. Wszyscy muszą żyć ze sobą, prawdopodobnie dlatego przyjaźnią się i nienawidzą; unikają i działają za pomocą ręki drugiego. Są na siebie skazani, wszak mieszkają w jednym bloku; ktoś inny powie, że wypełniają tego samego manekina – nie ważne, przecież nie o metaforę tu chodzi…
skomentuj (1)
- Proszę mi nic nie insynuować; to nie nienawiść, ani nietolerancja, lecz najczystsza forma empatii, przejawiająca się w zapobieganiu niechcianym tragediom.
- Wolność i chuj!!!!!!!- Błąd nie jest błędem samym w sobie, ale jedynie wywołaną reakcją, która sprawia, że coś jest, lub nie jest błędem…
- …ani to ani tamto, rodzina i już!
- Gdy zamykam oczy nie widzę ciemności, choć dałaby mi ukojenie. Nie wychodź, ogród nie szuka snu…
Nie zastanawiał się nad filozoficznymi konsekwencjami własnej teorii, bo była ona wyłącznie czymś, nad czym się zastanawiał. Jadąc autobusem, idąc ulicą, kupując coś w sklepie, zawsze patrzył. Wiedział co widzi i tego mógł być pewny (choć miewał też dni zwątpienia), ale nie było już równie jasne, co widzą inni. Przyglądając się spojrzeniom przypadkowych osób niemożliwe jest odgadniecie w jaki sposób odbierają rzeczywistość. A może jest ona dla nich czymś zupełnie odmiennym niż dla mnie? Nawet jeśli obserwujemy względnie to samo, to nie znaczy przecież, że tak samo… Być może jest nawet tak, że ten sam obiekt – subiektywnie definiowany przeze mnie – jest innym obiektem, tylko dlatego, że patrzy na niego ktoś inny. Kto dał prawo do nazywania rzeczy? Nie ważne. Jakie znaczenie ma tu podmiot, gdy nieporównywalnie istotniejsze jest to, do jakich skłania przemyśleń, z czym się kojarzy. Choć w gruncie rzeczy skojarzenia wywoływane są często przedmiotami, zdarzeniami, przypadkowymi elementami, więc nie jest wcale błahe, co się widzi i czy jest to porównywalne… Dość!!!
Dość miał własnych myśli, nie wspominając już o tym, że często zastanawiał się nad tym, czy oby myśli nasze są w ogóle naszymi, a nie… Dość!
- …bo w nas jest siła dająca prawa!!!
- Każde spojrzenie rodzi nową teorię.
- Zabawne, jak w banałach odbija się cała, najczystsza prawda, być może także banalna w swej nagiej naturze. Wszystko zależy od kontekstu.
Czasem lepiej nie patrzeć… Już za późno; nie ma odwrotu – właśnie zrodził się nowy punkt widzenia.
skomentuj (6)
Nienaganny, elegancki garnitur w czekoladowym, skórzanym fotelu, różowa koszula, dopasowany krawat… I on, jakoś przeźroczysty w całym tym języku rzeczy. Nowocześnie urządzone mieszkanie, w perfekcyjny sposób, przenosiło akcenty w zależności od sytuacji. Duże biurko, w całości zawalone papierami, w wieczory takie jak ten bladło przy efektownym barku, aczkolwiek mogło być to jedynie jego wrażenie.
Jednoczesny dźwięk domofonu i komórki pozwolił mu na czułe obcowanie z drewnianą podłogą. Mają szczęście, że nie na stacjonarny, bo musieliby chwile pomarznąć – pomyślał i uśmiechnął się pod nosem.
Gdy przez otwarte drzwi wchodziły kolejne osoby, on był już parę baniek do przodu. Znajomi uśmiechali się przyjaźnie, goście, których dopiero miał poznać czekali na dogodną okazję by to uczynić. Po chwili niezręcznego zawieszenia z ich obecności pozostały tylko kurtki i płaszcze, co i tak pozwalało oszacować stosunek płci w towarzystwie; było dobrze…
Równoległość zdarzeń, odciskająca się jakby po dwóch stronach czasu, starała się rozpaczliwie bronić jego umownej uniwersalności. Alkohol, narkotyki, orgiastyczne podrygi, mające być dopiero wstępem do tych właściwych „tańców” – wszystko to dramatycznie przyśpieszało bezczas jego nieustającej biznes konwersacji.
Przyciśnięcie czerwonego guzika idealnie zgrało się z odgłosem zamykanych drzwi przez ostatnich gości. Podszedł do biurka i z obrzydzoną miną starł z niego krople rozlanego drinka. Mijając walające się wszędzie butelki, machnął ręką i wszedł do sypialni.
- Impreza imprezą, ale jutro trzeba wstać do pracy punktualnie. Dobrze się czasem wyluzować, tylko ciekawe co ludzie powiedzą?
skomentuj (1)
Zdjęcia, pocztówki, kartki… Kochał tamto teraz, choć wierzył, że i to obecne warte będzie powrotów, co najprawdopodobniej wynikało z pragnienia przyszłości wtedy. W ręku trzymał czarno-białą fotografię zmarłego, nie tak znowu dawno, przyjaciela. W bolesnej, różańcowej ciągłości wracały kolejno: smutek, żal, złość, cierpienie wraz z ich najróżniejszymi wariacjami. Pragnął oderwać wzrok od nieświadomie pogodnej twarzy kolegi. Skierował go na ścianę. Wydawać by się mogło, że huk spadającego na podłogę albumu – zgodnie z powiedzeniem – zdołałby obudzić zmarłego, jednak jak się właśnie przekonywał, nie było to prawdą. Stał niewzruszony i hipnotycznym wzrokiem kontemplował własny zgon, własne samobójstwo przez powieszenie. Dziwnie podniecał go widok tego, jakże niespodziewanego wisielca, zwłaszcza, że to on nim był.
Zerknął nad siebie. Z żyrandola zwisały, niezdjęte do tej pory, ozdoby sylwestrowe. Patrzył na swą śmierć, a w głowie przeglądał następstwa tego faktu. Czy kogoś to zdziwi, ruszy, zbulwersuje? Dlaczego się powiesił? Dlaczego posunął się do czegoś takiego? Ile osób będzie w kościele, ile zapłacze, a może ktoś zemdleje? Może ktoś poczuje sie winnym? Będą wspominać?
Pierwszy trzask, zaraz drugi; dwa spore kamienie leżały na środku pokoju. Ocknął się nagle i spojrzał w stronę okna.
- Kurwa, on żyje! Mówiłem, że coś tak nudno umarł, tak jakoś cicho…
skomentuj (1)
Patrząc z odmiennej, ale w pewnym sensie ciągle swojej perspektywy, był już pewny, że nie lubił pomysłów swojego poprzednika, dlatego wymienił go bez zawahania na innego siebie. Także wtedy miał takie wrażenie, a dodatkowa świadomość, że jemu się to nie spodoba, skłoniła go do przekonania się o tym ostatecznie. Nie potrafił tego wytłumaczyć, z resztą wolał chyba, żeby zostało to jego słodką tajemnicą. Takie wychodzenie na zewnątrz siebie dawało więcej niż dobre parę godzin intensywnej autorefleksji – myślał. Tak, podglądanie ukazuje nieporównywalnie więcej… Jestem chyba na dobrej drodze. Teraz wystarczy tylko zmaterializować dorobek obserwacji.
Nie podjąłby się odpowiedzi, ile siedział już przed komputerem, a ciągle pusta strona Worda nie była tu dobrym wyznacznikiem. Co z tego, skoro miał wrażenie, że to właśnie on schwytał krążące wokół cząsteczki natchnienia. Zabrał się do walki z klawiaturą.
Zazdrościł ci, a wciąż niczym niesczerniony, biały ekran był, tym razem, na to doskonałym dowodem. Zawsze byłeś o jeden stopień wyżej; od samego początku widziałeś więcej. Nie mówiąc już o tym, że na pewno nie jesteś tym ostatnim…
skomentuj (0)
Cisza… W ciemnym i dusznym pokoju panowała przytłaczająca atmosfera niebytu. Po środku on – człowiek potrafiący swą obecnością wydrzeć przestrzeni ją samą. Musiało do tego dojść, bowiem zbyt długo wszystko to, co dookoła miało na niego wpływ. Teraz, gdy było go coraz mniej, ona nikła wraz z nim.
Butelka, nie tak dawno nietknięta, wypełniała się pustką, w której dało się wyczuć jego osobę. Każdy kolejny łyk pozwalał mu odchodzić od siebie. Wraz z powolnym biegiem szklanek stopniowo zamieniał się z nią miejscami. Im było w niej mniej, tym więcej miała go w sobie. Z kolei to, co stopniowo z niej ubywało, zabierało mu go ostatecznie. On znikał, wódka przeciwnie – zyskiwała treści. Paradoksalnie alkohol, który pozwalał na ucieczkę, stawał się wiecznym powrotem, nosił w sobie jego historię, przypominał mu o nim. Nie mógł o tym wiedzieć.
Być może, gdyby ktoś mu to wyjaśnił, przestałby otaczać się szklanym towarzystwem; do tego stopnia nienawidził własnej obecności.
Cisza…
By w szybie ujrzeć lustro, a w odbitych w nim innych – siebie, potrafił zaprzestać oglądania własnych losów na ekranie telewizora. Zdawało się to nieporównywalnie bardziej pociągające, a i rozmiar zwierciadła nie był tu bez znaczenia. Wystarczyłoby jednak nie spełnić choć jednego, koniecznego do osiągnięcia pożądanego efektu, warunku, by rozbite w wyniku tego szkło śmiertelnie zraniło jego „samoświadomość”. Gdyby bowiem owo subiektywne odbicie nie zdołałoby zostać wprzęgnięte w imaginacyjne tryby jego percepcji, gotów byłby pomyśleć, że jest jednocześnie wszystkim tym, co zobaczyłbym tam ja (abstrahując od tego, że Ty mógłbyś dostrzec coś zgoła innego): raczkującym niezdarnie niemowlęciem, młodzieńcem patrzącym się tępym wzrokiem w telewizor, dojrzałą kobietą krzątającą się w kuchni, staruszką bujającą się w wiklinowym fotelu. Z drugiej jednak strony, to na co patrzył musiało być lustrem, skoro widział w nim odzwierciedlenie życia niosącego krzyż jego obecności. Szyba była więc tu czymś na kształt nosiciela jego życiodajnego wirusa, projekcją jego stania przed nią, jego byciem w ogóle. Patrzył…
Nagle ujrzał w oknie twarz, a w obłąkanych oczach dostrzegł historie swego jestestwa zatrzymaną w jednym punkcie jej wieloczasowości. Dzieciństwo, młodość, dojrzałość i starość wyposażone były w atrybut maski jego oblicza – oblicza podglądacza…
Kim wobec tego jestem, i co robię tutaj ja – ten, który Ci to wszystko relacjonuje?
skomentuj (0)